FANDOM


Tajemniczego i przy tym jakże uroczego świata baśni przypowieści i legend Zagłębia Dąbrowskiego nikt jeszcze powołany do tego ludzi nie przeszedł od krańca do krańca. Na szczęście ciągle jeszcze żyją ludzie pamiętający dawne czasy są ci, którzy chętnie i skrzętnie je zapisują. Życie zagłębiowskiego ludu ściśle związane jest z pracą w kopalni. Stąd wiele baśni nawiązuje tematycznie do podziemnego świata. W. Roździeński na początku XVII wieku pisał:

Są też duchowie dziwni, którzy w ziemi pospolicie bywają więc między kruszcami Ci z górniki przykruscach jakby cech trzymają, a gdzie kruszców najwięcej, tam radzi mieszkają. Rozmaitej się postawie ukazują w ziemi, przechodząc się na czachach więc między szybami. Czasem się też na wierzchu w nocy przechadzają, na tych miejscach, gdzie kruszce ukazać się mają. A gdy który z tych duchów w górniczym sposobie, ukaże się z kilofem kołacąc po szybie, wnet górnicy z radością k temu miejscu śmiele, kopają się, bo kruszca tam najdują wiele. Ci duchowie górnikom w górach nic nie szkodzą, lecz z uśmiechem wesoło tak do nich przychodzą. A czasem się być zdadzą, gdy na nie patrzają, górnicy, że też także - jak oni - kopają. Ale onej roboty i znaku żadnego nie znać bywa, gdy znikną od miejsca onego. Wszakoż, gdy im łajał, abo się z którego naśmiewał, prędko się mszczą despektu swojego.

Bduchkopalni

Duch Kopalni

Ukryte SkarbyEdytuj

Według zapisu M. Kantora-MirskiegoEdytuj

Dawno, dawno temu przy drodze, wiodącej z Psar do Wojkowic Komornych, na lewym brzegu potoku strzyżowickiego, mieszkali Stach Malcherek i Franek Tkocz. A było tak. Pod Strzyżowicami, niedaleko Psar, w kopalni Hoym później "Tadeusz" zwanej, zginął przy robocie na dole młody górnik Wojciech Wyder. Zginął i został opłakany, potem zapomniany. Po wielu latach umarli jego rodzice, bracia i siostry. I przyszedł czas, że już nikt o Wojciechu nie wspominał, umarli bowiem dawno wszyscy, którzy go kiedyś znali.

  zpaczony udał się pędem do chałupy swojego kolegi, lecz i tu ze zdumieniem przekonał się, że nie zna nikogo i pozna Aż tu najniespodziewaniej w świecie przychodzi on sam, Wojciech Wyder. Idzie przez wieś i dziwi się, że spotkanych ludzi nie zna. Ci, których spotkał, również patrzyli na niego, jak na obcego. Szeptali nawet do siebie:    "Skąd się wziął ten bardzo siwy chłopina?"    Słysząc to, Wojciech pobiegł w stronę domu ojcowskiego, lecz, o dziwo, zastał tam nowych ludzi. Zroć nie może.    Na wpół oszalały zaczął pytać o swoją rodzinę, o znajomych i wreszcie dowiedział się, że wszyscy dawno już wymarli, zaś on, Wojciech Wyder, chłopcem będąc zginął w wypadku kopalnianym przed 50 laty. Wówczas oznajmił zebranym dokoła niego górnikom, że on jest Wojciech Wyder i oniemiałym ludziom opowiedział swą przygodę.    A było to tak. Przed 50 laty przyszedł do Wojciecha Wydera, pracującego na chodniku sztygar i powiedział:    "Wojciechu, chodź ze mną".    Wojciech poszedł, skoro sztygara wzywał, idzie, kroczy, a tu się nagle calizna otwiera i oczom Wojciecha Wydera ukazuje się dziwny widok.    Oto ujrzał przed sobą obszerną komprę, oświetloną wielką ilością błędnych ogników, pełną złota i drogich kamieni. W tyle komory stał złocisty tron, a niewidzialna muzyka pięknie grała i radowała duszę. Raptem z bocznego chodnika wyszedł długi szereg małych grabusków, za którymi szedł jakiś człek, ubrany w strój sztygara, w kaftan z peleryną koloru czerwonego, z guzami złotymi, z aszledrą zapiętą na srebrną sprzączkę. W prawej ręce trzymał płonącą dziwnym blaskiem latarkę, zaś w lewej złoty kilof.    Cały ten korowód zbliżał się do tronu, otoczył sztygara półkolem. Ów sztygar podszedł do tronu, usiadł na nim i spojrzał na Wojtka zielonym, błyszczącym okiem. Był to ten sam sztygar, który wezwał Wojciecha, by za nim poszedł.    Co się potem działo, Wyder nie pamiętał. Chwila to była niby, a trwała 50 lat. Stało się tak za karę, bo Wojtek Wyder nigdy w skarbnika nie wierzył, aż się przekonał na własnej skórze.    Wszystkiemu, co opowiadał Wojtek o widzianych przez niego olbrzymich skarbach, złocie, srebrze i drogich kamieniach w stare psarskiej kopalni strzyżowickiej, przysłuchiwało się dwu młodych górników. Gdy się zbiegowisko rozeszło i ludzie poszli do domu, przystąpili oni do Wojtka i zaczęli go wypytywać o szczegóły i miejsce, gdzie mu się wydarzyło nieszczęście. Wojtek Wyder powiedział dokładnie, gdzie się to stało i tamci dwaj górnicy poszli do karczmy. Przy napitku postanowili obaj, że w najbliższą niedzielę zjadą skrycie do kopalni i zaczną poszukiwania skarbów.    Gdy nadeszła niedziela, zerwali się o świcie, wzięli lampy, kilofy, zabrali ze sonbą dwie niecki, jakie służyły do wynoszenia urobku i po drabinach ustawionych w szybie zeszli do kopalni. Gdy znaleźli się w głównym chodniku, zaczęli szukać owej szerzyzny, czyli komnaty, o której mówił Wojtek Wyder.    Długo błądzili po kopalni, aż wreszcie zadyszani, zmęczeni i głodni znaleźli miejsce pełne nieprzebranych skarbów. Bez odpoczynku, natychmiast zaczęli napełniać niecki. A gdy napełnili, ruszyli z powrotem wielce uradowani.    Ale nie uszli jeszcze ani pół drogi, gdy w chodnikach zaczęły się odzywać jakieś dziwne odgłosy i nagle rozległy się huki i grzmoty. Trzeszcze stemple i kapy, drzewo pękało na drzazgi, stropy wyginały się i łamały. Jeszcze do tego odezwało się tąpanie, co oznaczało, że skarbnik kroczył. Skarbnik zawsze poznać można po tym jego chodzie. Przerażeni okrutnie górnicy chcieli porzucić niecki pełne złota i kosztowności, aby łatwiej im było ukryć się przed skarbnikiem za skrzyniami, napełnionymi węglem, lecz już było na to za późno.    Stanął przed nimi rozgniewany skarbnik. Nic do nich wiele nie mówił, skinął tylko w stronę filaru i ten zawalił się momentalnie z hukiem i grzmotem.    Obaj śmiałkowie zostali tam pogrzebani.    W ostatniej chwili życia usłyszeli jeszcze słowa skarbnika:    "Za waszą chciwość świata więcej nie ujrzycie."    Na drugi dzień znaleźli górnicy w chodniku dwie niecki pełne węgla. Gdzie był filar, spod rumowiska dostawały nogi zasypane.    To spotkało w 1820 roku górników Stacha Macherka i Franka Tkocza, który mieszkali na drodze wiodącej z Psar do Wojkowic Komornych.

Skarbnik

Skarbnik

SkarbnikEdytuj

Według zapisu Z. Bukowieckiej z 1897 roku w Dąbrowie GórniczejEdytuj

Raz było tak kuje górnik i kuje, aż mu pot oczy zalewa, a tu wciąż zamiast węgla kamień dostaje i jednej porządnej bryły nie wyłamał. Wtem spod ściany wyłazi żaba, wielka ropucha, jak te co w kapuście siedzą. Jak świat światem, żab w kopalni nie bywa; szczury to się znajdują po ścianach, ale żaby w kopalni nigdy nie widziałem. Otóż żaba wylazła i wytrzeszczyła ślepie a górnik widzi, jako to jest jakaś nieczysta siła w tej żabie, tak nie mówi nic, ano czeka. A tu żaba do niego ludzkim głosem skrzeczy i przykazuje co on ma tu a dziurę wiercić. Prochu ani dynamitu kłaść nie karze, a dziura sama i bez prochu wystrzeliła i odwaliła okrutny kawał węgła. Nie mógł go na wózek włożyć ale jak żaba posadziła się pod bryłę, tak bryła hoc i już na wózku. Aż się potem dziwowali, skąd taką dużą bryłę wyrąbał. Tak on tedy górnik pięknie żabie dziękuje, a ona mu znowu mówi, gdzie wiercić dalej, ale prochu to wcale nie trza było brać, bo góra i tak puszczała.

A pracowali z żabą razem przez cały miesiąc jak przyszedł dzień wypłaty, to żaba mówi do górnika:    "Weź taczki i jedź po pieniądze, powinni ci dać taczkę pełną, a po wypłacie przyjdź z taczkami na szyb."    Górnik się pięknie skłonił żabie i tak zrobił, jak kazała. Potem wtoczyli taczkę na szalę, a żaba powiada:    "Dziel."    Tak on tak dzielił, a były wszystkie pieniądze jednakowe:  "To mnie, to tobie, to mnie, to tobie" - bo już był z tą żabą spoufały, to jej nawet nie dwoił.    Aż tu na końcu został jeden pieniądz ; tak górnik niewiele myśląc, a sprawiedliwie postępując, oddał go żabie.    "Jakoś jest człowiek sprawiedliwy, a na grosz nie chciwy, iż się rzetelnie ze mną podzieliłeś jeszcze ten ostatni pieniądz mi oddałeś, tak ja ci wszystko daruje. Będziesz miał tego srebra na całe życie, tylko pamiętaj, żebyś już więcej nie pragnął, pod ziemie nie schodził, bo cię spotka nieszczęście."    Wszystkie pieniądze sypał skarbnik, to jest niby ta żaba, do taczki, a potem zniknął.

Legenda o Sowiej GórzeEdytuj

Legenda Żychcicka (według Mariana Kantora-Mirskiego z 1931 roku)Edytuj

Obok kościoła parafialnego w Żychcicach, tuż za plebanią, wznosi się wzgórze, które niegdyś zwane było Sowią Górą, i że straszyły tam otoczone lasem jakieś ruiny (zapewne dawnej kuźnicy), wśród których obrały sobie siedlisko gromady sów. Miejsce to, wszyscy omijali z niewiadomego bliżej powodu. Gdy po wszystkich okolicznych wzgórzach kopano, tutaj nikt nie tknął ziemi. Aż znalazł się odważny górnik Wojciech Przywara, który wraz z dwoma synami, postanowił "otworzyć górę" [otworzyć górę znaczyło tyle co otworzyć kopalnię - przyp. red.]. Pewnego ranka, zjawił się pod wzgórzem, wbił w ziemię drewniany krzyżyk, wystrugany przez młodszego synka i zabrał się raźno do roboty. Już na czwarty dzień dogrzebał się bogatych złóż kruszcu, z czego wielce się ucieszył. Po pewnym czasie coś zaczęło w "górze" psocić. To pozawalało w nocy odłamami skały szybiki, to znów porozrzucało "kopanki" [dawne naczynia górnicze wyciosane z drzewa do wynoszenia rud, rodzaj niecek - przyp. red.], albo rozsypało wczorajszy urobek. Martwił się starszy Przywara tymi psotami, ale z "góry" nie ustąpił. Najmłodszy synek górnika, widząc zgryzotę ojca i patrząc na te dziwne psoty, wystrugał jeszcze jeden krzyżyk, a wstawszy wcześnie pewnego dnia, poszedł do "góry" i ustawił go na miejscu gdzie najwięcej psociło. Przez kilka dni panował spokój, psoty ustały, ale przyszło nowe zmartwienie. Stary Przywara spostrzegł, że jego najmłodszy synek przybladł na twarzy, dziwnie się zamyślał i ociągał się w pracy, jakby mu sił nie stawało. Zaczął go wypytywać, badać i z trudem wydobył z chłopca następujące wyznanie: - Tatulu! Na trzeci dzień po ustawieniu przeze mnie krzyżyka, na "górze" zjawiła się przy moim łóżku, jakaś stara baba z sowią głową, trzymając w jednej ręce uzdę, w drugiej bat. Zobaczywszy ją, bo wtenczas nie spałem, strasznie się wystraszyłem i już miałem krzyknąć, gdy padł na mnie bat starej baby. W jednej chwili zmieniłem się w konia, baba założyła mi uździenicę, potem wsiadła na mnie i uganiała przez całą noc po wszystkich wertepach. Dopiero o świcie przyjeżdżała pod chatę i powtórnym uderzeniem bata przywracała mi postać ludzką. Odchodząc krzyczała: - Tak będzie co noc, aż zabierzesz swoje krzyżyki stamtąd gdzieś je ustawił. Zrozpaczony ojciec, chciał biec na górę, aby wyrwać krzyże, lecz syn zawołał: - Tatulu! Nie wyrywaj moich krzyżyków – one chronią ciebie i brata od nieszczęścia, i odpędzają "złe" od naszej "góry"; już lepiej, że tylko ja będę cierpiał... Posłuchał stroskany ojciec prośby synka, przyrzekł mu, że postawi krzyżyki, a potem poszedł do roboty polecając chłopcu pozostać w łóżku do południa, a potem doszedł do ojca, aby mu pomóc w pracy. Pod wieczór, gdy wracano do domu za rzekę, starszy brat rzekł do młodszego: - Posłuchaj Waluś! Tej nocy jak stanę w kącie obok twego łóżka i będę czekał na przyjście tej strasznej nieludzkiej baby. Muszę się z nią rozprawić, aby cię więcej nie męczyła... Zgodził się Waluś na to i gdy nastała noc, starszy brat stanął na straży, baczny i czujny. Nie wiedział jak postąpi, ale zdecydowany był na wszystko. Około północka zaszumiało coś koło chaty, drzwi otworzyły się bezszelestnie i weszła do izby stara baba z sowią głową, trzymając w rękach uzdę i bat. Podeszła do łóżka, podniosła bat do góry i już miała uderzyć śpiącego, gdy w tej chwili skoczył na nią, jak kot na mysz, starszy brat, chwycił babę za rękę, wyrwał jej bat i ciął nim przez kudłaty łeb. W jednej chwili babsko zmieniło się w szkapę. Chłopak zarzucił jej uzdę na głowę, potem usiadłszy na jej grzbiecie, popędził w świat, okładając bez miłosierdzia biczyskiem. Gdy babsko pokryło się pianą i robiło bokami jak miech, popędził do niej do Grodźca, stanął przed kuźnią, zbudził kowala i kazał mu podkuć szkapę na wszystkie cztery łapy. O świtaniu przyjechał pod ojcowską „górę”, śmignął po łbie szkapę, zmieniając ją z powrotem w obrzydliwe babsko z sowią głową, które zaczęło strasznie wyć z bólu, mając na nogach i rękach przybite podkowy. Lecz nie koniec na tym. Chłopak kazał sobie babie nanosić gałęzi, ułożyć z nich dużą kupę i podpaliwszy, wrzucił w ogień zaczarowaną uzdę i bat, pozbawiając w ten sposób obrzydliwe babsko, narzędzi swych niecnych praktyk. Po tej ceremonii, rozkazał wiedźmie iść precz. Wyjąc i rycząc, ociekając krwią, machając poparzonymi rękami, popędziła baba w świat i nie przystanęła aż na Popiej Górze koło Siemonii, gdzie obrała sobie siedlisko. Na miejscu gdzie spłonęły narzędzia czarownicy, stary Przywara ustawił duży krzyż, który widniał długie lata przy drodze w tym miejscu, gdzie dziś stoi maleńki kościołek parafialny z piękną grotą obok i drewnianą dzwonnicą.

Gawęda na temat aktywności czarownic przed świętym JanemEdytuj

"Chodziła carownica na rose co roku o świętym Janie przed słonecka wschodem, ale w jednym casie posła na łąke z powroztem i włóczyła ten powóz po rosie. Na tej łące paśli koniarze śkapy, a jeden z nich słyszał jak ona se godała : biere pozytek, ale nie wsypek. Jak ona jeno odesła, tak ten kuniarz złapał ze śkapy uzde, poleciał na to miejsce i gadał: ja tez niestatek, zbirom ostatek. Po powrocie do chaty powiesił te uzde w sionce na kołku, ale jak jeno powiesił, tak się z niej mleko poceno lać dziurgiem i dopiero się wtedy dowiedział, że razem z carownico wsyćko mleko odebrali tym krowom, co po tem pastwisku chodziły, kandy oni włócyli po rosie. Potem on molestował barzo, ze tak zrobił na krzywde ludziom, ale to ci nic nie pomogło, bo mleko ciągiem z uzdy leciało. Tak sie wzion biedak i z zalu na tej samej uździe obwiesił w komorze."

ŹródłaEdytuj

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki