FANDOM


Dusza na PokucieEdytuj

Dusza pokutująca w sieleckim zamku

Jedna z kobiet, która miała dyżur w nocy w zamku, podchodzi do mnie rano i opowiada, co jej się zdarzyło nocą. Późną nocą przebudziła ją rozmowa. Za oknami słyszy jakieś głosy. Wstała, żeby wyjrzeć oknem. Idzie do okna, a tu głosy słyszy na schodach. Ona do kontaktu. Wyciąga rękę, żeby zaświecić. A tu czyjaś ręka się wysunęła i nacisnęła kontakt. Zaświeciła. To portierka mówi:
— Czego chcesz od mnie?
— Modlitwy!
— Ja mogę za ciebie na mszę dać.
— Nie. Modlitwy. Ja się za was też modlę.
Wtedy portierka spostrzegła wysoką siwą postać, jak weszła w ścianę.

Podał Józef Dzikowski
Zapis 1982

Dusza wybawionaEdytuj

Mama mi opowiadała, że to było w Biskupicach, tam skąd mama pochodzi. Stała za wsią stodoła. A we wsi był pijak. Bardzo pił. Co przechodził koło tej stodoły, to słyszał, jak się ktoś modli bez amen. Mówił, mówił pacierz, a nigdy nie powiedział amen. A ten pijak mówi:
— A powidzze, jasna cholero, choć roz amen! Nigdy nie skuńczysz pocirza.
A tam mu się ktoś odzywa:
—No, nareszcie mnie wybawiłeś. Bóg ci wielki zapłać! Ja byłem tu na pokucie za to, że jak się modliłem, to nigdym nie miał czasu powiedzieć amen, bom się śpieszył do roboty.
Nie wiem, czy to bujda czy prawda.

Podała Stanisława Wygasiowa
Zapis 1982

Odwiedziny NieboszczykaEdytuj

Ojciec nieboszczyk odwiedza rodzinę

Jak tatę zabiło, to my zostali sami, mama i nas dzieci było siedmioro. W nocy raz wstałam i chciałam wyjść na dwór. Mój tata bardzo lubił świecić lampkę olejną na prost obraza. Naprost stoki tak było przybrane i ta lampka tak stale świeciła przez dzień i w nocy, Wstałam i spojrzałam. I widziałam ojca. Może mi kto wierzyć i nie wierzyć. Widziałam, jak ojciec klęczał na jednym kolanie przed tym obrazem. I nie wyszłam już dwór, tylko się położyłam i przykryłam na łeb, bom się tak zlękła. Dawniej było takie coś, gdzieś. Dzisiaj ludzie nie wierzą.

Podała Maria Masalskii
Zapis 1982

Zmarły odwiedzaEdytuj

Moja mama opowiadała, była młodą mężatką i miała na mieszkaniu bratową. Młodzi, małżeństwo, i ona urodziła dziecko. Zachorowała i umarła, i proszę panią, ona przychodzili, do tego dziecka. To dziecko było małe, przychodziła do tego dziecka i karmiła go piersią, Słychać było jak to dziecko mlaskało za te brodawki i ssało. To dziecko później umarło, ale przychodziła. Najpierw zrobił się taki cień od okna, cień taki, to ona weszła. Potem siadała na kołyskę i kołysała to dziecko, kołysała, kołysała. To dziecko później nakarmiła, później poszła do tego męża swojego. Jednego razu on był wypity, był w taki biały koszuly — dawniej nosili takie szywne kołnierzyki — to się tak z nim pieściła, taki miał tu pókoszulek i sztywny kołnierz, to się tak z nim pieściła, że aż to szumiało, trzeszczało. Wypieściła się z nim, to dziecko pokarmiła i tylko się szum zrobił wielki i znikła i już jej nie było
— A czy to na tym terenie?
— Kochana, to ona tak z pół roku chodziła, z pół roku, w końcu to dziecko umarło.

Podała Janina Mendak
Zapis 1988 

Odwiedziny nieboszczki siostryEdytuj

Wie pan, że przyszła nieboszczka siostra do mnie. I choćby mi kto głowę ucinoł, to jo w to wierzę. Leżałam na łóżku i to dziecko leżało. To była godzina ósma wieczór. Przyszła i w środek weszła. Czuje, jak mi ta głowa leci, leci, ale się nic nie odzywam. Poczułam, jak to weszło. Zimne ciało okropnie. Taki zimne jak lód, no, zimne jak nieboszczyk. Ja włożyłam rękę i tak odsunęłam, za to zimne ciało wzięłam, a wtedy to wyszło i znów mi ta głowa tak poleciała. Ja mówię:
— Mamo, to dziecko mi się nie będzie chować!
A ona mówi:
— A, idź, nie pleć!
Za trzy miesiące ta córka mi bardzo chorowała. Tak chorowała, że nie wiem. Jednak coś, gdzieś musi być. 

Podała Antonina Brodzińska
Zapis 1982

Po śmierci mężaEdytuj

Bratowa po śmierci męża miała takie zdarzenie. Siedzi w domu a nagle zaczęła się na ścianie warzecha ruszać. Uderzyła kilka razy w ścianę i za chwilę się wszystko uspokoiło.

Podała Maria Cicha
Zapis 1982

Odwiedziny nieboszczyka kolegiEdytuj

Robimy z koleżanką wieńce, bo zmarł chłopiec, nasz kolega. Robimy te wieńce, a było chyba w pół do dwunasty i słyszymy schody: skrzyp, skrzyp, skrzyp!
— Wisz co, Lodzia, widać ktoś jeszcze idzie za nami tutaj na górę — mówię.
Wyglądamy, nikt nie idzie. My na górę, a tu znowu: skrzyp, skrzyp i poszło z powrotem. Jak tu iść teraz do domu? Koleżanka mówi:
— Wyjdę do okna, a ty idź! No, jak to skrzypiało, to my mówiły, że ten nieboszczyk przyszedł.

Podała Maria Masalska
Zapis 1982 

Podziękowanie zmarłej córkiEdytuj

(Pytanie o odwiedziny zmarłych)
Wie pani co? To to jest prawda! Umarła córka i był ojciec. Sam ojciec był, to było bardzo dawno, ja jeszcze byłam młodziutka. Umarła córka, to byli bardzo biedni ludzie. Jak ta córka umarła, tak kto gdzie co mógł to przyniósł — wie pani — to była młoda osiemnaście lat, tylko była niedołężna. Jak ona umarła, jak ją pochowali, to ten ojciec wyszedł na korytarz i krzyczał:
— Ludzie! Ludzie! Hania przyszła do mnie! Hania przyszła do mnie i całowała mnie po rękach i dziękuje, że taki ładny pogrzeb jej zrobiłem. Ludzie w nocy powstawali:
— Co się stało? A on mówi?
— Nie wierzycie mi? Wierzcie mi, bo Hania była u mnie. Jeszcze czuję jak mnie całowała po rękach, jak mnie dziękowała.
Później poszedł do księdza, zaprosić księdza do siebie. Sam ksiądz się tym zainteresował i mówi:
— Czy to jest prawda — bo ludzie mi to donoszą.
On mówi: — Proszę księdza ja tu klęknę przed księdzem taka to jest prawda, to jest prawda!
Ksiądz mówi: — Jeśli to jest prawda, to naprawdę jest cud — bo mu uwierzył, bo ten się przysięgał.
— Nie skłame, rozmawiałem, przyszła do mnie! Całowała mnie po rękach.

Podała Bronisława Pasamonikowa
Zapis 1988

Strach w wodzieEdytuj

Szedem od Jędrzejowa do Charzewa. Była godzina pierwsza. Spotkałem taką babkę. Mokradła w lesie, woda taka duża, ja szedem po ty wodzie i słyszę taki wzdych starszej osoby. Idę a tu kobiecina stała w ty wodzie. Wyprowadziłem ją na drogę na Laski i poszła. Taka była zimna, całowała mnie po rękach. Ja jej mówię co tu robi, a ona mówi, że zabłądziła. Potem ludzie mi mówili, że to umarła baba i tam się pokazywała.

Podał Ignacy Sadowski
Zapis 1988

Zmarły oddaje długEdytuj

Opowiadała mi jedna znajoma, że jest coś po śmierci, bo jedni mówią że ni ma a drudzy, że jest. A ona mówiła, że jest. Ona była jeszcze w młodym wieku — nie tak jak jo teroz — bo mówi:
— My mieli takie zdarzenie, chodził do nas ten Kociniak — jak oni się nazywajo? —chodził — mówi — przychodził tak na pogawędkę do mojego Jasia i tak se tam bajdurzyli. A nieraz jak się tak spotkali w Wolbromiu, to se tam jakąś ćwiartkę wypili. Pewnego razu on ni mioł piniędzy przy sobie a tak chciało mu, nie, ty wódki i mówi:
— Jasiu pożycz mi na pół litra, to ja jak sprzedam coś, to ją oszukam i oddam ci te pieniądze.
Tak mu pożyczył te piniądze. Ale długo nie było tych pieniędzy. Nareszcie zachorował i umar. Już był starszy człowiek, jak umar. Tak Jasiu mówi:
— O przepadły nasze pieniądze. No trudno.
Ale pewnego razu, to było w jesieni, pogodna noc była, widać było tak, że by igłę znalazł na podłodze. I jak poszli spać, tak wszyscy posnęli. A ta żona Jasia nie mogła usnąć. Bardzo długo nie mogła usnąć aż nareszcie coś drzwi otwiera, zatrzeszczały. Zawsze na wsi to te drzwi skrzypią. I otwarły się te drzwi, i jakaś postać — niby chłopa —szła, i oddawały te buty, i doszła tam do tego łóżka, tam gdzie ten Jaś śpi. Coś porozmowiali. Potem poszed do drzwi, zamknął te drzwi, ucichło wszystko. No i rano jak się przebudziła, bo nocą to ją starch wziął przykryła się pierzyną i usnęła, zaroz jak się rano przebudziła to budzi męża i pyto się:
— Jasiu kto tu był u ciebie? —
Nich nie był. —
Jak to?
— Był — mówi — nie śniło mi się, tylko że był u mnie — jak się to nazywo — Kociniak i pytoł mi się, czy mi oddała pieniądze jego żona czy nie. A ja mu powiedziałam że nie. I poszed.
Tak na drugi dzień mówię:
— Może mu za te pieniądze ciężko czy jak? To ja ij powim.
Zapytał się jej przy okazji a ona mówi:
— Za chleb to bym ci oddała, ale na wódkę to ci tych pieniędzy nie oddom, mógeś nie pożyczać.
Ano stało się przyszedł do domu i mówi żonie, a ona mówi:
— Powiedz, że mu darujesz te pieniądze i już więcej nie wspominaj o tych pieniądzach.
A on mówi: — Niech będzie i tak nie będę mówił o tych pieniądzach. Daruję mu.
I znowu przyszedł taki dzień, pogodny księżyc świcił, wszyscy spali a ona spać nie mogła. Słyszy a tu się drzwi owtwierają i znowu do łóżka, do tego Jasia ktoś idzie. Długo rozmawiali a późni znowu ta postać wyszła i drzwi się zamkly. I ucichło wszystko, i ona usnęła. Na drugi dzień pyta go się a on mówi:
— Był u mnie. Pytoł mi się, czy mi oddała a ja mu powiedziałem, że nie i nie odda. Ale chrzesny ja wam daruje te pieniądze, ja sie więcy upominał nie będę i żeby był spokój.
I mówi:
— Jasiu dej rękę, i dałem mu te rękę, taka była zimna, ciężka. I podziękowoł mu, i odszed, i wyszed, i skończyło się

Podała Stefania Baczyk
Zapis 1988 

Cień zmarłegoEdytuj

Zadzwonili, że wujek nie żyje, żebym ja przyjechała na pogrzeb i pojechałam. Oczywiście sama, bo miałam wtedy już dzieciaka.
Mąż mówi:
— To ja zostanę, ty pojedź.
Przyjechałam do domu, rozpacz. Mamy rodzinę u siebie. W jednym Alieszkaniu śpimy i słyszę jak ta moja ciocia jęczy:
— O jest! O przyszed Antek! Chodź bliżej. Nie śniło mi się to, tylko jej się może to śniło. Wyleciałam do korytarza i mówię:
— Mamo, chodź no, bo tu jakiś cień mężczyzny!
Daję słowo! Do dziś pamiętam, mężczyzna w czarnym garniturze tam mi się z tego korytarza wychylił. A ja drżałam cała. Mieliśmy pieska Morusa, to go wołam:
— Chodź Morusek — bo tak drżałam cała. Ja i dziś widzę go do połowy.

Podała Antonina Pędzik
Zapis 1988 

Zmarły prosi o przebaczenieEdytuj

Opowiadał mi jeden znajomy, miał drugiego ojca, a matkę rodzoną. Ten drugi ojciec był bardzo podły dla niego. To było na wsi. On tu mieszkał na Czeladzki, już umarł. Ten ojczym wziął go na wóz — nie pamiętam gdzie oni jechali — ale go zerzucił w lesie. Ten chłopak miał siedem lat, spad i złamał se noge. On go zostawił w tym lesie. Ale jechał sąsiad skądś, a on płakał w tym lesie. I on go zabrał, i u tego sąsiada już się wychował do dwunastu lat. Jak miał dwanaście lat, to wyszedł w teren, i tak trochę u szewca, trochę u zegarmistrza, i tak aż dorósł.
My mieli z nimi spółkę. Oni tu mieli sklepik na Będzińskiej ulicy, a my tam towar wstawiali. A później sobie kupił ogrodnictwo i tu prowadził to ogrodnictwo aż do śmierci. I widzi pan, on sobie przysiągł, że mu nie przebaczy nigdy. Ale ten ojczym zachorował, przysłał do niego telegram, żeby do niego jechał odwiedzić go. Więc jednakowoż miał go na sumieniu.
No to on powiedział:
— Nigdy w życiu. Jak ty mi tyle krzywdy zrobiłeś, to ja cie nie chcę znać. No ale co z tego? Co noc mu się śnił i prosił o przebaczenie. To jest wiarogodne, bo żona jego jeszcze żyje, może powiedzieć, a on mnie to wszystko opowiadał. Ale on powiedział:
— Nie przebaczę.
Do trzeciego razu przychodził.
— Przebacz mi. Ale mówi:
— Czy po nocach przez ciebie nie muszę spać?
Poszedł, dał na mszę świętą za niego i przebaczył mu, bo co miał robić. I widzi pan, przyszedł i podziękował mu za to. To jest nie do uwierzenia, a jednakowoż to fakt.

Podała Apolonia Cyplińska
Zapis 1988

Odwiedziny zmarłej Edytuj

Miałam kuzynkę, tak my się tam pogniewali, poprzegadywali. Spali my tu. Nie mogłam usnąć, za nic nie mogę usnąć, przewracam się to z ty, to z ty, a on śpi aż charczy. Poszłam do dzieci, otworzyłam, śpią wszyscy a ja usnąć nie mogę. Cichutko tak jak by mysz leciała to by słychać było i tak leże na tym łóżeczku, i tak leże. Już mnie wszystkie kości bolą, bo tak ni mogę wytrzymać, a tu usnąć nie mogę. I o jeden raz z tego półszafka (bierze do ręki puszkę) jak to trzasło o zimie, taki chrzęst był straszny, że nie wyobrażam sobie. I cichutko, ani się drzwi nie otwierają na świat, ani tak i ucichło. Ta puszka spadla, chrzęst straszny się zrobił i cicho. Naprzód przed tym chrzęstem zapukoł ktoś trzy razy do drzwi. Ja se tak myśle, nie bołam się, drzwi się nie otwierają nie nic. Wejściowe drzwi były nie zamykane, ale ciężko się zamykały, jak by kto otwierał, to by słychać było. Drzwi się nie otwierają. Czekom, to może będzie daly pukać. Nie, nic. Tylko trzy razy zapukało i skończyło się. No leże daly, no nie usnę. I jak ta puszka z temi żelazami trzasła o ziemie i ten chrzęst taki, jak wtedy mnie strach wziął, schowałam się pod pierzynę, naciągnęłam na głowę i usnęłam. Rano wstaje, przypomniałam sobie i do tego półszafka. Patrzę, nie ma nic na tym półszafku. Odsunęłam półszafek. Za półszafkiem nawet igły, nic nie ma.
— Co tu się stało — mówię — jakaś przestroga czy coś? Coś będzie?
Córka poszła do pracy — na 3 Maja pracowała — przyszła z pracy i mówi:
— Mama, stryjenka umarła, kto wi, czy ona nie była u ciebie.
No bo my, jak my tu przyszli, to my się pogniewały, no takie rodzinne sprawy, no to jednak coś jest pozagrobowe.

Podała Stefania Baczyk 
Zapis 1988

Mąż budziEdytuj

Ja już jestem półtora roku wdową. To było dwa miesiące temu. Szłam na wieczór spać a miałam jechać rano do Będzina i myślę sobie, żebym nie zaspała o w pół do piątej rano. Położyłam się spać i nic: Czuje pan taki kwas? To truskawki. Przyniosła je wczoraj wnuczka, i miała je włożyć, i nie włożyła, i tak leżą. No i śni mi się, że mąż przyszedł —widziałam go w rzeczywistości — z zegarkiem w ręku. Trzymał w ręku zegarek i mówi tak:
— Połciu, wstań, bo już jest godzina szósta!
A ja spojrzałam do okna i mówię:
— O szóstej godzinie to już jest widno, a to jeszcze ciemno, twój zegarek idzie źle.
Jak mu to powiedziałam, tak znikł. I w te tropy wstałam i patrzę za pietnaście piąta. Wierzyć czy nie wierzyć? To jest fakt autentyczny. 

Podała Apolonia Cyplińska
Zapis 1988

Dziedziczka straszyEdytuj

Zmarła dziedzicki córka. Była matka z kulawą córką. Tam była taka gosposia, opiekowała się psami i pilnowała tego całego majątku. I tam z całej wsi się schodziły kobiety, to było za Warszawą w Garwolinie, bo tam wszystkich straszyło. I ja mówię tak:
— Jak mi pani da dwa złote i pończochy mi kupi — taka byłam czternaście lat.
Ona mi mówi: — Janeczka kupie ci, i dwa złote ci dam.
To było dużo, nie?
— No!
I ona się zaczęła modlić. Godzina dwunasta, ona mnie chciała położyć, bo to było w kuchni. Tam było najcieplej, ona tam miała salony. Ja chciałam iść od ściany, ale ona mówi:
— Skraja!
Dwunasta godzina i słyszę, bo ona była kulawa i jak szła to słychać było, i ona zaczyna tak na tę nogę. Ona miała na imię Jula a wyzywali ją Psuła. Oni tam prowadzili pensjonat. I na tym piecu zaczęło tym haczykiem trzaskać, zamykać, a ja mówię:
— Idzie tu!
A myśmy pod dwiema kołdrami spały, a ona zdzierała z nas kołdrę, tak do góry, tak do góry. Ja jak skoczyłam, to jak spałam — pamiętam miałam taką koszulę flanelową w tej koszuli nic nie miałam — i poszłam, a miałam do domu ze dwieście metrów, to biegiem do tego domu, a te psy za mną, bo to miała takiego baciara i śnieżkę. To jak wpadłam do tego domu, to byłam taka blada. Trzaskałam się do okna a mama mówi:
— Widocznie cię straszyło.
A ja nie mogłam słowa wymówić. Nakryłam się na głowę i dopiero rano zaczęłam to opowiadać. I przyszła ta Helenka i mówiła, że ja uciekłam, i mówi do mamy:
— Pani Ornatowa pójdzie pani?
Mama mówi:
— Już nie pójdę!
Nikt tam nie chciał iść. 

Podała Janina Kuc
Zapis 1988

 Przegnał zmarłegoEdytuj

Brat mojego ojca uczył się na krawca i został raz u tego krawca i poszli spać. Spał z tym krawcem na jednym łóżku. Kocem przykryty tylko a na drugim łóżku spała matka, a ojciec już nie żył. I mówi:
— Drzwi się otwierają— mówi — tak koło północy. Drzwi się otwierają— mówi — ktoś idzie.
A ten krawiec mówi:
— Już ten pieron idzie.
I doszed do ty matki, do tego łóżka i rozmawiał z nią coś. I późni odszed i wyszed a ona wyszła za nim. Jak wyszła za nim — mówi — tak zrobił się trzask wielki. Trzask się zrobił, huk. No i przyszła nazod. A ten krawiec wstoł z tego łóżka i mówi tak:
— No i po co ten pieron stary przyszed? Po co un tu przyszed?
I ten krawiec jak wstoł, jak zaczon kląć, jak wziął laski — taką miał laskę trzcinową—to tak po maszynie, po ścianie. Ścianę poobijoł i tak pieronowoł starsznie na tego ojca. Przeklinoł na czem świat stoi. I póżni mówił temu uczniowi — znaczy bratu mojemu — że teroz nie przychodzi.
— Dołem mu rade! Dołem mu rade! Już więcy nie przychodzi.
— To znaczy, że ten ojciec przychodził straszyć?
— Może dokuczać, jo nie wiem. Mówił o tym ojcu, że za nim szły diabły. Tyle tych diabełków było, takie mieli czerwone widły i mówi — do niego. A on złapoł tego kaminia i za nimi rzucił ten kamiń. A na drugi dzień jak wstał ten uczeń i sobie przypomniał, to tam taki olbrzymi kamień był pod tym progiem, z pół tony mioł, ogromny ciężar w jedny postaci.

Podał Stefan Baczyk
Zapis 1988

Zmarły daje znakEdytuj

U mojej bratowej siedzieli wszyscy wieczorem w domu, nagle słyszą straszne trzaskanie do drzwi na strychu. Wszyscy to słyszeli więc wybiegli na strych. Nikogo nie było a kłódka się jeszcze ruszała. Twierdzili, że ktoś ze zmarłych był i dał im znak.

Podała Stanisława Cicha
Zapis 1982

PrzestrogaEdytuj

Mąż mi opowiadał, że przed śmiercią swojej matki leżał na łóżku i przebudził się nocą. Patrzy a ktoś siedzi na stołku. Bardzo się przestraszył. Wyskoczył z łóżka i rzeczywiście była śmierć w rodzinie. 

Podała Stanisława Cicha
Zapis 1982

Noworodek straszyEdytuj

Tam koło nas był młyn i mówili, że tam strasza. No ale tam była taka starsza panna, no nie brzydka była i o niej mówili. Ja jako podrostek to pamiętam ją jak tańcowała, to taka gruba była. Ja tam tego nie rozumiała, że ona w ciąży była. I za jakiś niedługi czas sąsiadka mówi:
Ta kurwa już straciła już — mówi — gdzieś zakopała.
To mówili, że tam koło tego młyna dziecko utopiła. I tam starszyło. No to mówili:
— Straszy Mańki dziecko 

Podała Stefania Baczyk
Zapis 1988

Zobaczyła cieńEdytuj

To było tak, wróciłam ze szpitala, byłam słaba ale postanowiłam zrobić przepierkę. Mąż już spał i w mieszkaniu było cicho. Poszłam do łazienki, zostawiłam drzwi uchylone, stałam odwrócona tyłem i nagle zobaczyłam wyraźnie nogi przechodzące z pokoju do kuchni. I proszę pani naras spojrzałam i osoba mi przechodziła. Co pani powie na to? Ja to widziałam! Nogi widziałem, osoby nie widziałam, ale nogi widziałam jak przechodziły z pokoju do kuchni. I mówię mężowi:
— Wiesz co boję się — bo tak i tak.
A mąż mówi: — Coś ty głupia
 A ja to widziałam i tak sobie myślę:
— Czy to co u dzieci, czy jak? Czy co? Czy ktoś pomar? Czy jaki wypadek? I ja to widziałam i mówię, że to jest prawda — damskie nogi, spodnie, tak przechodził stąd tu, mówię mu, a on się śmieje. A ja poszłam spać i dygoce, bo nie wiem, co to się stało. 

Podała Bronisława Pasamonikowa
Zapis 1988

Zmarła odwiedzaEdytuj

Słyszałam coś takiego, że umarła matka małego dziecka zaraz po urodzeniu i ponoć ojciec bardzo często widział, jak ta matka przychodziła karmić to dziecko, jakaś poświata ukazywała się nad tym dzieckiem, a ono ruszało ustami tak jak by ssało. To mi opowiadała babcia, bo moja babcia wierzy w takie rzeczy i mi opowiadała.

Podała Anna D., studentka
Zapis 1994

Wyczuwa obecność śmierciEdytuj

Nie wiem, czy to są prądy, czy bioprądy, czy odczucia, nie wiem, nie wiem, jak to się nazywa. Nie nagrywaj tego!
— A jak się okaże, że to mi jest przydatne?
— Ale mnie wezmą za jakąś wariatkę.
— To cie nie będę podawał po nazwisku.
Ja wyczuwam śmierć, jakiegoś ducha. Podam ci przykład. Wybieraliśmy się na komunię do mojego kuzyna. Mieli tam też być ciotka i wujek, którzy mieszkają na Dańdówce. Wykąpaliśmy się, kładziemy się do łóżka i to mi się objawiło. Nie lubię o tym mówić. Jakiś ucisk w głowie, niesamowity lęk, uczucie jak bym miała umrzeć. To nie ból, ale ucisk w głowie. I nagle ni w pięć, ni w dziewięć ja mówię:
— Dzidek wujek zmarł — a ciotka i wujek mieli być na komunii. Dzidek mnie ofuknął.
Daj spokój, ty zawsze masz jakieś pomysły.
Ja mówię:
— Zobacz, która jest godzina.
Jakoś się uspokoiło. Jedziemy na komunię, jesteśmy w kościele, z kościoła, ciotka ma taką minę:
— Co się stało?
— Wiecie, co się stało? Wujek nie żyje!
Dzidek zbladł i się pyta:
— O której ciociu?
— O jedenastej pietnaście wczoraj wieczorem.
Skąd się mnie to mogło wziąć?
I drugi wypadek. Jadę na wizytę na ulicę Gołębią. Jadę trabantem, wjeżdżam na ulicę Gołębią i znów ten ból w głowie, coś jak by mi się miało stać. Czyżbym miała stracić przytomność? No ale mam książeczke, dowód, to będą wiedzieć. Wchodzę na korytarz, ciemno, słyszę własne kroki, stare deski skrzypią, pukam do drzwi:
— Jestem położną z wizytą przyszłam.
— Proszę bardzo.
Jestem zadowolona, jestem wśród ludzi, siadam w tym dziwnym stanie. Nie zdążyłam jeszcze dobrze usiąść a tu pukanie do drzwi, które przed sekundą ona zamknęła. Więc ta pani otwiera te drzwi, ale nie ma nikogo.
— Nie, to wydawało mi się.
Odeszła trzy kroki. Ja słucham a w te drzwi wali znowu. Ta młoda mówi:
— Otwórz, mamo.
Matka wychodzi, na korytarzu nie ma nikogo. A mnie coś się dzieje, rany boskie. Ona zamyka te drzwi, trzyma jeszcze klamkę, a ktoś trzy razy puka bardzo intensywnie. Matka szarpie a młoda mówi:
— Mamo, nie otwieraj, to Jurek przyszedł.
Mówią Jurek przyszedł, a to był jej mąż, on się powiesił, jak była w szóstym miesiącu ciąży. Ja słyszałam, jej matka i ta młoda. Faktycznie był ten incydent.
— Jesteś medium. 

Podała Krystyna J...
Zapis 1988

Strachy RóżneEdytuj

Strach w Zamku Sieleckim (A)Edytuj

Ciotka Stasi była u Kurzyńskiego kucharką. Kurzyńscy to byli tu, no, tacy lepsi. On był kasjerem u Renarda, a jego żona była z hrabiów. Gosposia poszła do piwnicy po marynaty. A tych piwnic tu jest pełno pod zamkiem. Co tam chciała, włożyła do koszyka i zamyka piwnicę, a tu nagle cała szafa z marynatami, ze słoikami bach na piwnicę i wszystko się roztrzaskało. Huk był okropny. No wiec gosposia leci z płaczem do Kurzyńskich i opowiada, jak to było. Nie wie, od czego, ale wszystko się rozbiło.
Kurzyńscy obydwoje biegną do piwnicy zobaczyć to nieszczęście. Otwierają drzwi. Wszystko stoi na swoim miejscu. Ani jeden słoik nie rozbity. Jak było, tak jest. No więc w trójkę wychodzą, a na schodach stoi człowiek. Cały na czarno, w czarnych rękawiczkach, tylko głowy nie miał. Jak go minęli, Kurzyńska zemdlała. 

Podał Wacław Kieroński
Zapis 1982

Strach w Zamku Sieleckim (B)


Mojego ojca w zamku postraszyło. Ojciec był furmanem, jeździł karetami z tymi panami. Raz tam było duże przyjęcie, więc ojciec siedział sobie w kuchni z tymi kucharkami. Jak wychodził z tej kuchni, zobaczył człowieka za drzwiami. Stał, bardzo elegancko ubrany, elegancki garnitur, buty mu się szkliły, biała koszula. Koszulę widział, mankietów mu było troszkę widać spod czarnej marynarki, ale twarzy nie miał. Twarz to miał taką, jakby mu kto karton z bloku powiesił. Nie było twarzy. To mój ojciec opowiadał. Ja to pamiętam.

Podała Stanisława Wygasiowa
Zapis 1982

Kroki w Zamku SieleckimEdytuj

Stale było słychać kroki o jednej godzinie. Nadeszła ta godzina. Idzie. Wyraźnie było słychać takie ciężkie kroki. Akurat w zamku była Królikowska. Siedziało z nią dwóch milicjantów i razem z nią czekali na tą godzinę. Nadeszła godzina, idzie po sali rycerskiej. Jeden milicjant mówi:
— Idź ty!
— Idź ty, bo ty jesteś dzielnicowy!
Obaj się bali i żaden nie poszedł. 

Podał Wacław Kieroński 
Zapis 1982

Strach w wieżycy zamkowej w SielcuEdytuj

Nocą zaczęło coś walić do drzwi w południowej wieżycy. Królikowska była sama w zamku, wezwała milicję. Słyszą, tłucze się do drzwi. Wpadli na górę. Nie ma nikogo. Zeszli na dół. Słuchają, znowu wali w tej wieży. Idą drugi raz. Nic nigdzie nie ma.

Podał Wacław Kieroński
Zapis 1982

Strach w piekarni zamkowej w SielcuEdytuj

Tu w ogóle w całym zamku straszyło. Nawet nie w zamku, ale obok. Niedaleko zamku był piekarniok, gdzieśmy chleb piekli. Tam po trzy schody tak się schodziło i każda gospodyni od tych furmanów, bo — jak mówiłam — było ich tu dwunastu, samochodów jeszcze nie było, piekła sobie chleb. A dzieci nosiły ten chleb do piwnic, bo pod domem były piwnice. Mama napaliła i zanim włożyła chleb, bardzo zapłakało dziecko, tam gdzie się palił ogień. Mamusia przyleciała do tych furmanów, że dziecko ktoś do pieca wsadził. Prawie było tych furmanów dziesięciu, dwóch gdzieś pojechało, ojca mojego nie było. Wszyscy oni przylecieli, wyrzucili wszystek ogień z pieca. Zajrzeli do komina, wszędzie. Nigdzie dziecka nie było. Wrzucili z powrotem to drzewo, bo by się chleb zniszczył, trzeba było upalić ten piec. Na powrót dziecko płakało. Dopiero przylecioł taki murorz — gdzieś coś tam murował koło tych stajniów — z młotkiem. Jak zaczął kląć, jak nie wim, na jakie tylko! Ogień wygarnęli, i chleb mamusia wsadziła i więcy to dziecko nie płakało. No! W piecu dziecko płakało, a nie było wcale tego dziecka. Tam wszędzie straszyło i w zamku, i po tych murach, i za zamkiem. Tam w tych lochach ludzi trzymali. Namordowali bardzo dużo ludzi, bardzo dużo! W każdym miejscu, gdzie się pan nie ruszył, tam straszyło w nocy.

Podała Stanisława Wygasiowa
Zapis 1982

Strach w Parku SieleckimEdytuj

W sobote wieczór dostawało się od Żydów tanio mięso. Mamusia się bała sama chodzić przez park i zawsze mnie zabierała. Tam, gdzie dziś pomnik, stał drewniany grzybek, taka werandka drewniana bardzo ładnie rzeźbiona — pamiętam to — i wewnątrz były ładne ławeczki. To było dosyć duże. Tam się mogło zmieścić osiem osób i usiąść sobie. Jak ja szłam raz z mamusią, to nas postraszyło. Mamusia się rozpłakała i uciekły my. Postraszyło nas. Ludzi tam nigdy nie było, a tu zaczęło jęczeć i mruczeć jak kot. Mamusia powiedziała, że więcej nie pójdzie wieczorem tą drogą. 

Podała Stanisława Wygasiowa
Zapis 1982

Czarny pies w KazimierzuEdytuj

Przychodzili tu do nas z przeciwka. Tak parę dni nie przychodzą. Pytamy się:
— Czegóż nie przychodzisz Władek?
— Nie przyjdę do wos nigdy.
— Czemu?
— Taki pies siedzioł u wos na progu, taki duży czorny pies, a jęzor to mioł — mówi —na półtora metra. A tak mu — mówi — wiuneło z tego pyska.
O! było coś dawni. Władek Rajski to opowiadał. I nie przychodził, bo się bał, a był już przecie kawaler. 

Podała Antonina Brodzińska
Zapis 1982

Strachy w ZaduszkiEdytuj

Roz sed chłop przez ten mostek we Wszystkich Świętych. Jak wysed na ten mostek, tak mu coś wciągnyło biołe rękawice na ręce.
Ni mioł rąk, ino rękawice mioł. Przylecioł tam do nos i tak się tłuce do dziadka:
— Wawrzku, otwórzcie! Mom, biołe rękawice. Ni mom rąk, ino mom biołe rękawice!
Dziadek się boi otworzyć, bo się tak dar, zeby prędko otwiraly. Może go tam jakie smyki goniom — myśloł dziadek — otworzę i wpadno do mieszkanio.
Nareście dziadek otworzyli. Jak wszed do sini, tak mu te rękawice spadły, gdziesi się podziały.

Podała Eleonora Uznańska
Zapis 1982

Strach pod NiemcamiEdytuj

Pod Niemcami był taki mostek. Rzycka szła tako mało, tam gdzieś skądś od Sławkowa. Spod tego mostku wychodził pies z łańcuchem, ale żodnemu nic nie mówił.
A ksiądz jeździł na karty. Tam był taki zamek, dyrektur mieszkoł. Jeździł tam na karty grywać zawsze w nocy. I roz jechoł, już była dwunasto godzina, nazod, no, i na ten mostek, co jes nad rzykom, kunie nijak nie chciały wejść. Porskały, dęba stawały i nie weszły na ten most. Śli chłopy z roboty, chcieli przeprowadzić te kunie. Nie dały się. Nie weszły na ten most. Charkały, fikały i musioł ksiądz jechać inszą drogą do dom. Już więcy na karty nie pojechoł. Ten furmon to na tego księdza bardzo klon, bo ksiądz siedzioł w środku, a un musioł kuni pilnować i morz. To klon tak nieroz, jak nie wim.

Podała Eleonora Uznańska
Zapis 1982


Strach pod gruszą w OstrowachEdytuj

Brat chodził do nas w karty grywać. Szedł raz do Ostrów nocą. Tam w polu była gruszka. Tam pod tą gruszką straszyło. Jak nadszedł, tak wyleciał czarny pies i dzwonił łańcuchem. 

Podała Maria Masalska
Zapis 1982

Strach za plecamiEdytuj

Szłam na wieczór po dziesiąty, bo do dziesiąty pracowałam. Szłam sama, tu był domek a tu wąwóz, a tam pola i drzewa. Idę, a tu za mną idzie. Tom się tak ciężko przelękła, że szkoda łez. Nikogo nie widziałam tylko czułam. Takie ciężkie coś za mną szło. I już sama tamtędy nie szłam

Podała Apolonia Cyplińska
Zapis 1988

Strach bijeEdytuj

Sed z Jędrzejowa z jarmaku mój swok. Troche tam wypił, kupił kawoł słuniny i włozył za zonadrze. To było późno ale przy księżycu, wszystko widzioł i sed. Co used to figurka i trzeba zdymuwać copke, przezegnać sie. Jak minoł Dalechowy tam na górce jest ta bioło figurka, pamiętos, gdzie te Mimce pochowane. Przesed koło ty figurki i nie zdion copki. Jak mu wyrwało te słonine, jak mu do w pysk, jak mu do z drugi, az mu się zametliło. Włozyło mu te słonine nazod i tak przysed do domu. 

Podał Kajetan Chrzanowski
Zapis 1980

Czarny piesEdytuj

Pamiętam jak mi ojciec opowiadał. Chodził trzy i pół kilometra z Buska na wieś. Droga szła przez pole i las a przed wsią był krzyż. Każdego dnia wracał około północy. Jak wyszedł poza rogatki Buska w pola pojawiał mu się czarny kot, który się łasił albo czarny pies. Czasem pojawiały się trzy kule świetlne. Leciały w takiej bezpiecznej odległości, wtedy miał widno. Jak doszedł do krzyża wszystko znikało. Od krzyża miał ze dwieście metrów do domu i szedł spokojnie. I tak go zawsze prowadziło. 

Podał Marian J...
Zapis 1988

O ŚmierciEdytuj

Jak śmierć szła po Lorenca z KazimierzaEdytuj

Idzie raz ojciec z kopalni. Na Juliuszu pracował i — mówi — idzie tu łąkami. A tu, jak te pola, było ogrodzone od łąk drutem, od krów, od takiej gadziny. Idzie, a tu go taki strach zdjął. Czuje, że mu się czapka dźwiga na głowie. A tu leci —mówi — tako wysoko osoba. Takie wysokie, na czarno toto było ubrane. Takie wysokie. Jak nie rypnie o te druty! A mnie — mówi — takie gwoździe na głowie stoją.
Jak przyszedł — my już takie dzieci były duże — cały mokry był. Taki był, że nie bał się niczego, a jednak tego się bał. To strach był. Rano wstaje, a tu umarł sąsiad. Ojciec mówi:
— No, to śmierć leciała! Śmierć leciała, bo Lorenc umarł!

Podała Antonina Brodzińska
Zapis 1982

Zapowiedź śmierci w rodzinieEdytuj

Mąż mi opowiadał, że przed śmiercią swej matki leżał na łóżku i przebudził się nocą. Patrzy, a ktoś siedzi na stoiku. Bardzo się przestraszył. Wyskoczył z łóżka. Rzeczywiście była za niedługo śmierć w rodzinie. 

Podała Maria Cicha
Zapis 1982

 Zapowiedź śmierci w domuEdytuj

Mój syn grywoł w orkiestrze. Dawali takie nuty pisać. Przyszed i w nocy pisoł te nuty. Do który ta godziny siedzioł i pisoł te nuty? Położył się, a lufcik był tak otworzony. Leży, leży, patrzy, a tu kobita wchodzi. Weszła lufcikiem, wysoko tako, okryto. Oglądo się, oglądo.
A downi stoły były poubirane jak ołtarze. Doszła do tego stołu, patrzy, przygłądo się, przyglądo. Te małe spały tak na łóżku. Doszła i tak się przyglądo. Odeszła. A oni spali tak pod drugą stroną z drugim synem. Odeszła i idzie, a on myśloł, że do nich do łóżka idzie. No, to w momencie, w momencie. Boże kochany! jakby ze dwa kubły wody na niego wyloł taki się mokry zrobił z tego strachu. No, ale to poszło do drzwi i zgineło we drzwiach. Coś za trzy dni umarła mi córka, panna dwadzieścia lot. 

Podała Eleonora Uznańska
Zapis 1982

O Strzygoniach i StrzygachEdytuj

Strzygoń w KazimierzuEdytuj

Tu były inne strachy. Dziadek opowiadoł, że nazywali je strzygonie. Bardzo się bali tych strzygoni. Jak nadszed wieczór, to się w chałupach zamykali. Zamków nie było, tylko takie skoble. Zamknął drzwi, założył skobel i łyżkę wstawił z góry, to nie puściło. Taki się krzyż z ty łyżki i skobla zrobił. To ten strzygoń podchodził do okna i mówił:
— Jużeście zastawili ten krzyż! 

Podała Eleonora Uznańska
Zapis 1982

Strzygoń w Ostrowach GórniczychEdytuj

Mój wujek z wujenką szli w nocy z takiej wioski z wesela, gdzieś tam chyba wesele było, czy co, nie pamietam. A pociąg chodził tu z Maczek do Krakowa i do Czestochowy, i był tor. I na tym torze, na rzece Bobrek, był most. Mówili na to żelazny most. Ten wujek z tą wujenką idą w nocy, a wyleciał jakiś źrubek i iha ha ha, i tak koło nich leciał, i poleciał dali do ty rzeki. Ta wujenka się tak tuli do wujka, a on mówi:
— Nie bój się, nie bój się, ale to nie był jelonek, nie był źrubek, to był strzygoń. Strzygoń był!
No i ten strzygoń poleciał, a oni przyszli do domu — tu jak Renia mieszka — tu była taka kolonia rodziny. No i przyszli i opowiadali, że czerwony źrubek przelecioł koło nich i to był strzygoń. No stało się. Drugie takie było, jak toto? Jak żeśmy pierze skubały wieczorami, już duża byłam, dużo nas tak dziwcząt było, to przykleciał i buch buch w okno. To babcia chuch na światło i zgasło. Cicho się zrobiło.Tak cichutko mu siedzieli. A on woła:
— Co ta robicie? Nie śpicie? A babcia:
— Nie śpimy, nie śpimy ino Boga chwalimy!
Psy zaszczekały, i jak psy tak szczekały — poleciał, a babcia mówi:
— Strzygoń był! Strzygoń był! 

Podała Kazimiera Sapotowa
Zapis 2002

Strzygoń przy dzieckuEdytuj

Kobita poszła na pole, wzięła dziecko, a mieli takie derlogi, nakarmiła go i położyła w tych derlogach, a sama poszła w polu robić. Naraz to dziecko bardzo płacze. To było już tak ku zachodowi słońca. Okropnie dziecko krzyczy. Poszła, a tam jakiś chłop stoi przy nim. Ona to dziecko wzina, a ten się zabroł i poszed. A to był strzygoń. Ona wzina to dziecko przyniesła, ale ono wciąż płakało, wciąż płakało. Bo to dziecko od tego strzygonia, było zarażone. Ten strzygoń je zaraził. 

Podała Kazimiera Sapotowa
Zapis 2002

O ZmorachEdytuj

Sposób na zmoręEdytuj

Mój mi opowiadał, ale to nie było tutaj, tylko w Grodźcu, bo on tam jest wychowywany, że go zmora ssała. Miał takie piersi jak kobieta. Jak się chłopcy kąpali, to sobie rękami zasłaniał, bo się wstydził.
Raz się kąpali, a szła taka stara kobita. I woła go:
— Edziu, Edziu, chodzino!
No, poszed. Pooglądała go i mówi:
— Ciebie zmora ssie. Powiedz mamie, żeby ci czostkiem te piersi nasmarowała, jak będziesz szed spać.
Tak mu zrobiła i przestała go zmora ssać. A tak to go stale dusiła. Ale czy to możliwe, czy nie, to nie wiem. 

Podała Stanisława Wygasiowa
Zapis 1982

ZmoraEdytuj

Była taka jedna kobieta w naszej wiosce to stale mówiła, że ją zmora dusi, to sobie brała pod łóżko noszelnik od konia. Mnie nic w życiu nie dusiło.

Podała Stefania Baczyk
Zapis 1988

Narzeczona zmorąEdytuj

Raz do dziewczyny, tu niedaleko, chodził kawaler. Był u niej, a był po pracy i zachciało mu się spać. Usnął, a tu ta zmora go dusiła. Zerwał się i poszedł na dół i tam zastał tą dziewczynę, co go dusiła, tą swoją narzeczoną. Jak on zeszedł, to ona jak martwa była. Taka sina stała w sieni i przez to on mówi, że to ona go dusiła. Mówili, że zmorą może być, jak jest sześć sióstr i ona siódma. Ale ta nie była siódma. Ich było cztery. Ale ją posądzali. A czy była zmorą, czy nie, to nie wiem.

Podała Maria Masalska
Zapis 1982

Jak zmora panna kawalera dusiłaEdytuj

Zmora dusiła jednego chłopoka. Nie wiadomo za co. Przyszła, przysiadła, chłop się dusił. Opowiadoł, ze tako paninka ładno, siadła na nim i siedziała i śmiała się do niego, jak nie wim, hi, hi, hi! Cy tak było, cy nie, to jo nie wim. Un tak opowiadoł.

Podała Eleonora Uznańska
Zapis 1982

Zmora ze StaropogońskiejEdytuj

U mojego brata było tak: dwóch synów miał i córkę, ona żyje jeszcze. Małe mieszkanie mieli, to tak oni oba i te chłopaki oba, a córka w kołysce. No i w końcu co? W nocy się drze to dziecko. Bratowo wstała, idzie, no w porządku. To dziecko ruszo łapkami. A ona pierś odciągała temu dziecku.
Nareszcie jej doradzili żeby wzięła mietłe i w gównie uwolała jo, i o ty godzinie przydzie. I jak krzyknie, żeby no. I na drugi dzień kuła żelazo czerwone i młotkiem biła. Rano wczas przyleciała (zmora), a ona mieszkała na Staropogoński. No i ta bratowa, jak ją ta tą mietłą pogoniła, jak by ręką odino, już nie przychodziła. Te piersiątka to to dzieciątko miało odciągnięte.
— Kto to przychodził?
— No kobita przychodziła! Pani Kowalska, weź pani herbaty mi zrobisz, bo mi zimno tego no. To bratowa ji zrobiła i tak sobie upodobała to dziecko, że no. I jak tą mietłą pogoniła w czas rano, tak od tego czasu nie chodziła. 

Podał Piotr Kowalski
Zapis 1988

Zmora u brataEdytuj

Mój brat to taką miał pierś wyciagnietą, taką jak kobieta. No i unego to bolało, bo to bolało, tak zaczerwieniało i brat pokazywał. Moja babcia doradziła mu:
— Weź i obiecaj jej coś jak przyjdzie, ale musisz przypilnować.
To był fakt autentyczny i ona przyszła w nocy. On jakoś wstał i widział ją w rzeczywistości, i mówi:
— Co chciałaś ode mnie?
A ona mówi:
— Nic nie chciałam, tak sobie przyszłam.
— A dlaczego mi tak robisz?
— No trudno — mówi — ja mam takie naznaczenie.
No to nie tylko mojego brata tak ssała ale i innych, przeważnie mężczyzn. Mężczyznom to robiła. Ale ji tam wciśli. To szczotki kładli do kąta, to mietły. Różne rzeczy wyrabiali ludzie. To był fakt.
— Co jej brat obiecał?
— Że ji da chleba z masłem czy co, chyba chleba z masłem. I późni przestała chodzić. My nawet wiedzieli chto to chodzi. To była kobieta znana, z ty ulicy co mówie.
— A jak wchodziła?
— Ja wiem? Pozamykane było. Czy to cudem weszła czy jak? Już nie pamiętam jak to było, wiem, że chodziła. Takich kobiet, co to tak chodziły i wyciągały krew, to było dużo. Dużo takich zdarzeń było. U moich znajomych też było. To trzeba było przypilnować. Jak się chwyciło, to niektóry dobił ji i więcy nie przyszła
— Toś ty cholero? Po coś tu przyszła?
To, co było, to jest nie do uwierzenia. 

Podała Apolonia Cyplińska
Zapis 1988

O Zwodzijosach i ŚwietlikachEdytuj

 O Zwodzijosach z KazimierzaEdytuj

Dziadek nas kunie pilnuwoł. To jak go wzion zwodzijos stąd, to prowadził go cało noc i zaprowadził go az na Niwe. Dziadek sed cało noc i dopiro przysed rano do domu. My dziadka sukaly po łąkach i my go nie znaleźly. A ten zwodzijos to była tako siła, tako natura, a sie nie pokozoł. Ciągnyło cłowieka i juz! 

Podała Eleonora Uznańska
Zapis 1982

Jak mamiło na bagnach w KazimierzuEdytuj

Mówili, że tu koło kopalni to tak momiło. Tata raz szed od strony Kazimierza przez to bagno. Tam go momiło. Tak go momiło, że po tych bagnach chodził i nie móg do domu przyjść. Nie móg wyjść. Teraz tam na tych bagnach ni ma nic, teraz tam domy stoją, tramwaj chodzi. 

Podała Maria Masalska
Zapis 1982

 O świetlikacEdytuj

Dawniej były takie świetliki, że wyprowadził człowieka w takie miejsce, że nie wiedział, gdzie jest. Nie widział, gdzie się obrócić i w jakim, kierunku iść. A słyszałem, że jemu nie wolno było przez zagon przejść, do drugi bruzdy, tylko musiał lecieć do kuńca i znowóż tu. Tyle wiem, co z opowiadanio. 

Podał Stanisław Pytlik
Zapis 1982

Jak świetlik prowadził foszmanaEdytuj

Mój tata był u dziedzica foszmanem i jeździł z dziedzicem. To opowiadał, że jak wyjechał, to takie światło — nie światło, taki promyk, to tak ich prowadził, że do samego domu. To mój ojciec opowiadał, że ten świetlik ich tak prowadził. Było ciemno, a to tak świeciło, że dobrze im się jechało. To było w Łatanicach. 

Podała Maria Masalska
Zapis 1982

Jak świetliki ścigały dziewczynęEdytuj

Mama mi opowiadała, że były z koleżankom we dworze ukraść marchwi dla swoich krów. Każdy miał swoją krowę, a we dworze było dużo marchwi, to poszły. Wzięły duże kosze na plecy i poszły. Latały takie światełka, duże jak żarówki. Niesły te marchew i ta koleżanka nabijała się z tych świateł. Naigrywała się z nich. A te lampki zaczęły ich gonić. I to ich było mnóstwo. Jedna koło drugiej. Takie duże jak żarówki. Zaczeło tą koleżankę parzyć. Wpadła do sieni, ledwie zaryglowała drzwi na zasuwę. Zanim zaryglowała, to w tym momencie wypaliło w drzwiach ludzką dłoń. Dziurę jak ludzka dłoń.

Podała Stanisława Wygasiowa
Zapis 1982

Świetlik w lesieEdytuj

Te świetliki, to to też jest prawda, bo to moja mama opowiedała jak zabłądziała w lesie. Było ich parę osób w lesie, zabłądzili i szli tak za świetlikiem, za tym świetlikiem:
— Ale ten świetlik nas wyprowadził i to trzeba wierzyć, bo to ja widziałam na własne oczy.
I ten świetlik ich wyprowadził na taką piękną polanę:
— Bo myśmy już nie umieli trafić. Nie wiedzieliśmy, gdzie się ruszyć. Dopiero tam chłop orał ziemię, i dopiero ten chłop z daleka, z daleka, pokazywał, gdzie mają iść. To szli w stronę — tam była kopalnia — i szli w stronę tej kopalni. A przy tej kopalni było urwisko, tam się tak ziemia uginała. Mama mówi:
— Ho jak tu przejść?
I tak szły tymi krokami, i co krok to noga głębiej wchodziła, i ni mogły nijak wyjść w żaden sposób. No i jakoś, jakoś, i strumyk jakiś płynął, tam doszły, umyły i jakoś jakoś do tego domu wyszły. To tyle wiem od mamy. To były te świetliki.

Podała Bronisława Pasamonikowa
Zapis 1988

Świetlik prowadziEdytuj

Pojechałem w jedno miejsce koło Krakowa, był mróz. Pamiętam, że to było w grudniu. Snieg zasypoł ja idę, idę, kawał idę, cały mokry. Co to jest? Idzie przede mną światło. Doszedłem, końskie kopyta. Końskie kopyta było znać i tak mnie prowadził, że zamiast iść prosto, tom skręcił i na taką skałę wyszedłem. Tak! Trzeba było sekunde i szlak by mnie trafił. Wspomniałem sobie Boże Narodzynie i jak by ręką odino. A gdzie ja tam kawał drogi obszed, jak ja miałem dużo bliży. Mama mówiła, że tam to sie utopił taki człowiek chory na głowę. No chodził, chodził, wpad i utopił się. No i jak kto szed w to miejsce, jak się tylko przeszło, stale go prowadził. 

Podał Piotr Kowalski
Zapis 1988

ŚwietlikEdytuj

Pamiętam dobrze, to dawniej, to dużo o tym opowiadali. Wyszedł do roboty i nie zaszed tylko go coś prowadziło i pobłądził. 

Podała Apolonia Cyplińska
Zapis 1988

Świetlik bijeEdytuj

I jeszcze pamiętam, jak rodzice opowiadali o tych światełkach. Na zabawie na wsi młodzi wychodzili się ochłodzić. Raz wyszło kilka osób i usiedli na takim drągu przy płocie. Jeden z nich zauważł to światełko i mówi:
— Patrzcie tam daleko widzę takie punkty świetlne, tam na horyzońcie.
Ktoś zaczął żartować i tak zaczęli drwić, że to lipa, że to nieprawda. W tym momecie te punkty świetlne zjawiły się przy nich i tak ich uderzyło, że spadli z tego płotu. Pozbierali się i uciekli do chałupy. 


Podał Marian J.
Zapis 1988

Świetlik nad NidąEdytuj

Kobity darły pirze a chłopoki tam siedzieli przy nich. Wysło dwóch wyjscać sie. Z progu widać było całe łąki nad Nidą, a tam stale lotały te światełka. No i leci to światełko. A jeden taki modrala zagwizdoł na nie. Jak to to światło doleciało, jak go rznyło w pysk, to wpod do sini. Na to światło nie wolno było gwizdać. 

Podał Kajetan Chrzanowski
Zapis 1980

O Utopcach (Topielcach)Edytuj

Jak utoplok udawał koniaEdytuj

Jednego chłopa poprosili, że to koń się zniszczył, żeby tą skórę zdjął. I on tam pojechał. Jak pojechał, to tam zaczym obdar tego konia, zaczym co, to zeszło. Tam musieli se pewno coś wypić. Potem wracoł koło takiego stawu. A koło tego stawu podobno zawsze straszyło. Wychodził— jak to mówią— utoplok. On jechał na tym koniu (bo na koniu jechał), jedzie, a tu przed nim idzie taki piękny koń i tą uprząż ma złotą. Mieni się to, jak księżyc złoty świeci. I on to widzi. Jemu się to błyszczy. Te strzemiona, ta uprząż. On chce dopędzić tego konia. Chce mu to zdjąć, obciąć to złoto. I jakoś tak dopędził i tak tnie, tak tnie. A on jak pojechał obdzierać tego konia, to pojechał w sukmanie (były dawniej sukmany krakowskie z takimi świecidełkami). I on zamiast temu koniowi poobcinać, to swoją sukmanę poobcinał. Wszystko pakował do torby. Jemu się zdawało, że tą uprząż z tego konia zabiera. Ucieszony przyjechał do domu. Mówi do żony:
— Ale spotkałem konia! Może, on i tam straszy, ale był tak piękny i tyle miał tego złota. I ja wszystko pozabierałem. Ta żona na niego patrzy.
— Ady chłopie, a któż ci tak sukmanę poobrywał? On patrzy, a ta sukmana pocięta i te kawałki ma w torbie! A jemu się zdawało, że koń przed nim był. 

Podała Stefania Nowak
Zapis 1982

Utoplok w KazimierzuEdytuj

Tu niedaleko chłopa utopiło, a tak tylko troszkę wody tam było. I utopiło go. A mówili, jak ni mioł gdzie kogo utopić, to nawet psa utopił. To tutaj na tych łąkach, tu mioł takie przestrzynie, to często kogoś utopił. 

Podała Eleonora Uznańska
Zapis 1982

Utoplok pod mostemEdytuj

Jak ja pracowałam na cegielni — mieszkałam w Grabocinie — kilka nas szło drogą. Szło nas cztery dziewczyny. No i tak idziemy sobie, a tu taki mały chłopak siedzi. Nieduży ten chłopak był. Kucał, tak pod drzewem. I my jak nadchodziły, to on wyszedł, ręce tak do góry wystawił, ten chłopiec, i do jednej tylko dziewczyny doszedł, i tą dziewczynę po twarzy bił. To było jakoś wiosną. Jeszcze na wodzie lód był, ale już topniało. Tą dziewczynę jedną tak po twarzy, po głowie wygrzmocił. My porozlatuwały się po ulicy, bo my się zlękły, chleby my pogubiły, co my do pracy niesły i on się odwrócił i poszedł do rzeki pod most. My potem szły za nim. Podeszłymy pod ten most, zaglądałymy, nie było go. Ludzie już szli do roboty. Nie było go, nie znalazłymy go. I to się wierzyło, że to był utoplok.
— To utoplok był — godomy — chcioł nos utopić! 

Podała Maria Masalska'
'
Zapis 1982

Utopiec w postaci kaczkiEdytuj

Tu się nawet utopił jeden, jak szed z roboty. Musiał to być utopiec. Przecież go widywali, jak szli z kopalni. Idą z kopalni, a tu wypływa bardzo ładna kaczka. Tako kaczka —to tato opowiadoł — tako kaczka ładna. Szli chłopi i idą do ty kaczki. To ona nurka i ni ma kaczki. Stoją. Ni ma kaczki. Odeszli. Za chwilę tam im się pokazała ta kaczka. To oni tam idą, to ona mig i ni ma dłuższy czas kaczki.'
'
No, a jak jeden szed sam i za tą kaczką poszedł, to utopił się. Nie duży dołek był, a utopił się. To tutaj było, ale dzisiaj to już zasypany ten dołek jest.'
'
To ta kaczka tak wypływała i wypływała, bardzo piękna kaczka. Późni już tak o niej nie było słychać. 

Podała Antonina Brodzińska'
'
Zapis 1982

UtoplokEdytuj

Tam na łuku mieszkła ciotka moja i tam w tej rzece był. Tam płynie rzeka, tam w tej rzece był ten toplok. Nieraz jak chodzili to wyszed i sobie niby taki w czerwonym kapturku ubrany taki. Klaskał tak rękami, śmiał się tego jak nie wiem co. A jak dochodzili to usuwał się coraz dalej, coraz dalej, żeby się ktoś utopił jak śli za nim. To było dużo takich. W dużo miejscach to było dużo takich. 

Podała Janina Mendak
Zapis 1988

Topielec w postaci wstążekEdytuj

Dawniej rzeka była większa. Były miejsca, że dwumetrowy chłop nie zgruntował. Mówili, że siedzi tam topielec. Jak się tam szło, to pływały takie wstążki. Dziecko chciało złapać, wyciągnęło rękę. Topielec łap! Przemienił się ze wstążek i utopił. Tak, był tu w rzeczce. 

Podał Stanisław Pytlik
Zapis 1982

Utopcowa DziewczynaEdytuj

Wyszedł młody chłopak nad Przemszę i zobaczył ładną dziewczynkę. Zaprosił ją na tańce.
— Dobrze, pójdę z tobą potańczyć, ale pamiętaj, że przed dwunastą ja muszę być w domu.
— Gdzie ty mieszkasz?
— A w wodzie?
Nie wierzył, że ona może mieszkać w wodzie. Poszli potańczyli, potańczyli. I ona mówi:
— Byliśmy tak długo na tych tańcach. Mnie ojciec ukarze. Słuchaj! Ja może cię już nigdy nie zobaczę. Jeżeli zobaczysz na wodzie bąbelki różowe, to już mnie nie zobaczysz, jeżeli białe to mnie zobaczysz. Bo mi ojciec da taką ciężką karę, że cię nie będę już nigdy mogło zobaczyć.
Upłynęło parę dni. On poszedł nad rzekę zobaczyć tę swoją ukochaną i zobaczył różowe bąbelki na wodzie. I już jej więcej nie widział, zniknęła na wieki.

Podała Stanisława Kobierska
Zapis 1982

Utopce w PrzemszyEdytuj

Mówili, że tu w Przemszy były utopce. To były duchy, jedną nogę miał z kopytem i na głowie nosił czerwony kapelusz. Jak zobaczył pijaka to go straszył. W uszach miał złoty kolczyk i czerwoną czapkę, i pijanych straszył jak zobaczył pijanego. Przydał by się teraz. Ostatni raz podobno go widziano w tamtą wojnę, a teraz to ino starsze babki opowiadają dzieciom:
— Bo was utopiec utopi! 

Podała Stanisława Kobierska
Zapis 1982

Topielec czy wirEdytuj

Topiłam się. Miałam może sześć, może siedem lat, jak się topiłam. To była grupka dzieci, i tak idziemy, ale nadchodzi burza, i jeden starszy chłopak mówi:
— Wiecie co, nic nam nie będzie wejdziemy do wody — mówi — piorun do wody i nie strzeli.
Ja miałam karbid. I weszliśmy do wody z tym karbidem. Ten karbid zaczął się lasować. Nie wiem, czy uciekać z tej wody, a tu już burza, już błyski. My jako dzieci boimy się i w tej wodzie siedzimy. A ten karbid się lasował. Odeszliśmy. I ode mnie już wszystkie dzieci odeszły daleko, a ja czuję że ja tonę. Był taki chłopak i ja go wołam:
— Bronek! Bronek ja tonę!
Ta woda coraz głębsza i mnie wciąga. Ten Bronek się wrócił, i złapał mnie za włosy, i wyciągnął mnie, ale ledwie, bo to młody chłopaczyna. I wyciągnął mnie na brzeg. A to był wir. Dawniej to mówili, że utoplak, a utoplak jak złapie, to już nie puści. To nie był żaden utoplak to był wir. I ten wir mnie nie chciał puścić, i tak bym się była utopiła, i to pamiętam o sobie. 

Podała Bronisława Pasamonikowa
Zapis 1988

Utopiec w PrzemszyEdytuj

Mąż mi opowiadał, że chodzili się kąpać do Przemszy jak elekrownia i tam był utopiec i chciał mojego męża utopić. 

Podała Apolonia Cyplińska
Zapis 1988

O LeśnymEdytuj

Jak dziadek z leśnym na fajki się zamieniłEdytuj

Mój dziadek był stolarz i domy budował. Z Pyrzowic poszedł raz do Ożarowie, a szło się tam przez las, przez łąki na skróty i tam budował dom. Gospodarz postawił wódki i ani się nie obejrzeli, już jest dwunasta. Dziadek mówi:
— Wiesz co? Ja już idę do domu, bo co tam moja Jadwiga powie? Wiec idzie przez las (a dziadek palił fajkę, zawsze tą fajkę miał), idzie przez las, a wychodzi do niego leśny i taką ma ładną fajkę. Błyszczy się przy księżycu, bo księżyc bardzo świecił, i ten myśliwiec mówi:
— Ciup my na fajki!
Dziadek myśli, co tam moja fajka taka byle jaka, a ta złota.
— To ciup, ale bez dopłaty!
— Bez dopłaty!
I wymienili sobie te fajki. Dziadek sobie zapalił tą fajkę i poszed do domu. Nie budził babci, tylko na gradusku położył sobie tą fajkę.
— No, ale też się będzie dziwować moja Jadwiga, że ja taką złotą fajkę mam. Przy księżycu tak świeci. Ale głupi ten leśny, że się na te fajki ciupoł.
I poszedł spać. Pospał, budzi się i woła:
— Jadwiga, dej no mi tam tą fajkę!
— Gdzie jo mosz?
— A tam stoi na gradusku.
— A idź tam, tu ino jakiś kowiór stoi.
— Co ty tam pleciesz?
Wychodzi, patrzy, a tu taki kawał kija ino. Dziadek se myśli:
— Co jest, przecie miałem w rękach fajkę!
Nie mógł sobie darować. Ubiera się i idzie w to miejsce. Pamiętał przecież, nie był całkowicie pijany tylko trochę podpiwszy sobie. Patrzy, znać stopy leśnego i dziadka, gdzie doszli i gdzie się mijali. Zaskrzybało coś na sośnie, a tam wisi tak wysoko ta jego fajka. No, co byście państwo powiedzieli? Nie chce się wierzyć, a dziadek mi to opowiadał.
— Dziecko kochane — mówił — nie godom ci głupstw. Trząsłem i ta fajka mi spadła.
A on miał dziewięćdziesiąt dwa lata jak zmarł. 

Podała Stanisława Kusiowa
Zapis 1981


O SkarbnikuEdytuj

Górnik i SkarbnikEdytuj

Karbidówka Podania.png

Karbidówka

Raz przyszed do górnika skarbnik jako sztygar i ściągnął go do takich jakichś chodników, i tam było dużo złota. Kazał mu przesypywać to złoto do drugiej beczki. No, i wreszcie dał mu tego złota, i kazał mu iść. Gdzieś go tak wyprowadził, na drogę taką, żeby wyszedł. No, to już ludzie byli starzy tacy, że zupełnie nie mógł ich poznać, a on był jeszcze w tym samym wieku, jak wszedł. 

Podał Jan Dybalski
Zapis 1977

SkarbnikEdytuj

Pojechał jeden górnik z Zagłębia do kopalni. Idzie, idzie, błądzi i nie może znaleźć dobrego wyrobiska. Trzeba było urabiać łopatą. Kłopoce się, myśli, a tu idzie sztugar:
—Czego się martwicz? Pójdziesz za mną!
Poszedł. Ten mu pokazał miejsce/ On robi, robi, wyszedł a wszystko się pozmieniało, inne domy, inne drzewa
—Co to jest?
— To nasze miasto. 
— Który to jest rok?
Liczył:
— To ja byłem 37 lat pod ziemią. A moja żona?
— No już starka.
Patrzy a jemu broda urosła. Poszli w to miejsce. On nakopał wielką ilość węgla, furmankami brali. Kopalnia mu zapłaciła i żył z żoną i pomagał synowi.

Podała Stanisława Kobierska
Zapis 1982

Skarbnik i ubogi górnikEdytuj

Jeden człowiek pracował na kopalni. Miał bardzo dużo dzieci i biedę miał w domu. No i tak, że jak raz zjechał na dół, to pracował i pracował. Cały rok przepracował. A zdawało mu się, że tylko jedną dniówkę. No i przychodzi ten skarbnik do niego — niby końskie kopyta miał mieć czy jedną nogę końską, to tak mówią — i kazał mu ten skarbnik przyjechać z taczką po pieniądze. I taczkę pieniędzy dał temu górnikowi.

Podał Bogumił Surmik
Zapis 1977

Skarbnik pilnujeEdytuj

Mój mąż pracował na kopalni, to były takie skarbniki. Były tu. Był człowiek, a tu miał końskie kopyta. I taki był, ale ludziom krzywdy nie robił. Ludzie go widywali, ale nie robił krzywdy.
— Czy pilnował Skarbów?
— Pilnował węgiel. 

Podała Janina Mendak
Zapis 1988

Skarbnik ostrzega górnikaEdytuj

Mój ojciec pracował na kopalni, a on był w kompresorach. Siedział tam, siedział, wreszcie usnął. Przyspał sobie tak. I mówi:
— Przyszedł do mnie ktoś. A tam mu brakło oleju i to się bardzo tarło.
— Bo ci oleju brakuje! Czemu se nie dolejesz oleju?
Tak mówi do niego taki malutki chłopaczek z lampką taką. To był skarbnik i go ostrzegał.
— Dolej sobie oleju do maszyn! Nie słyszysz, co ci się robi? No, to tatuś mi to opowiadał. 

Podała Antonina Brodzińska
Zapis 1982

Skarbnik zwiastunem nieszczęściaEdytuj

Mąż mój robił na Juliuszu, to często mówił o skarbniku. Skarbnik przestrogi daje. Jak się tylko pokazał, to przestroga, żeby ludzie odeszli. Mąż to go widział, to mówił, że się światełko pokazało. Błysk i zgasło. Moment i zgasło. To już po wojnie było. Zaraz się pokład zawalił. 

Podała Franciszka Jeziorowska
Zapis 1982

Skarbnik Podania.png

Skarbnik

Skarbnik na RenardzieEdytuj

Ojca brat pracował tu na kopalni w Renardzie. Przepracował piedziesiąt z czymś lat i nie miał żadnego wypadku. Raz mu się przydarzyło, że doszedł do niego elegancko ubrany pan i chciał ognia. On sobie siedział przy karbitce. Siedział i odpoczywał albo się próżniaczył, nie wiem. W każdym razie doszedł do niego ten elegancki pan. Stryj już wiedział od ludzi, że zrobi krzywdę. I stryj mu powiedział:
— Podam ci na łopacie. Nie z ręki.
Dał mu tego ognia na łopacie, dopiero sobie tamten zapalił i poszedł. To był obcy człowiek. Nie znał go, nie widział nigdy. Jak odchodził, to stryj zauważył, że miał tylko nogi nie w porządku, coś miał z nogami. I to ludzie wierzyli, że był skarbnik. On tak chodził po ogień do ludzi. Mój stryj, jak się spotkoł z tym skarbnikiem, to nikomu o tym nie powiedział. Bo dawniej, jak kto zobaczył na dole skarbnika, to go zaraz zwalniali. On już nie miał po co do kopalni iść. Bo go zabiło albo nogę urwało.

Podała Stanisława Wygasiowa
Zapis 1982

Wojtek i skarbnikEdytuj

Wojtek spotkał kolegę, ale nie umiał dobrze grać i tamten go ograł dokumentnie. Idzie do domu zrozpaczony, ale idąc do domu spotyka starego człowieka, który był oświetlony jakimś takim niebieskiem światełkiem. I ten się pyta:
— Dlaczego ty płaczesz?
Wojtek przedstawił mu sytuację, że spotkał kumpla, który go ograł.
— Dziecko, ty się nie martw tylko mnie go tu przyślij.
Posłał tamtego do kart. Jak zaczął z tym dziadkiem grać, przegrał pieniądze i do domu poszedł w galotach. Od tej pory nie grał w karty. 

Podała Stanisława Kobierska
Zapis 1982

O Mamonach i BoginkachEdytuj

BoginkiEdytuj

Były takie boginki, to później takie cyranki. Cyranki takie na rzece były, do połowy osoba, a od połowy ryby. To one też tak prały bieliznę, tak rozmawiały, chichotały. To jak ludzie szli do nich, to one uciekały. Tego się dużo słyszało. Takie rzeczy się zdarzały.

Podała Janina Mendak
Zapis 1988

Jak boginka dziecko w Kazimierzu zamieniłaEdytuj

Boginki — mówili — albo mamuny. To było jedno. Te boginki zaminiały dzieci. Mojego brata chciała zaminić. On był malutki. To było w południe. Matka wysła do chlywa krowę doić, a dziadek oganioł go od much, ale wyszed z domu. Późni matka przychodzi, patrzy, a w kolybce taki potwór leży, a dziecka ni ma. To dziadek złapoł to podrzucone, rzucił na gnój i jak zacon bić, toto się tak darło! Dopiro się una wróciła, to swoje dziecko wzina, a to nase rzuciła. 

Podała Eleonora Uznańska
Zapis 1982

Jak boginki chłopów z lasu wystraszyłyEdytuj

Trupiszon Podania.png
Było tu takie źródełko, to w południe przychodziły i prały. To źródełko było pod lasem, koło kolei zaroz. Zupełnie były takie jak kobity. Dziadkowi Nowickiemu to tyle strachu narobiły!
Wyrąbuwaly las. O księżycu obciesuwaly to drzewo z tych gałęzi. Polyło się ognisko. Przyleciały — tak opowiadoł — dwie boginki i tak się grzoły. A un wzion węgielek i podrzucił pod nie. Sparzyło je. Jak zacyny sie drzyć! Jak się zacon las walić! To tak uciekali, jak nie wim. A rano patrzom, a tu ani jedno drzewo nie przewrócone. Już więcy robić w nocy nie pośli. Chi, chi, chi! Więcy robić nie pośli. 

Podała Antonina Brodzińska
Zapis 1982

Mamuniorz z Kazimierza

Jednego te boginki w Kazimierzu zaminiły. Jak wyrós, to żodne dziołchy go we wsi nie chciały, że mamuniorz. Mamuna go przyniesła i zostoł mamuniorz. Dopiro wyjechoł na inszom wieś i dopiro się ożynił. Jo tego chłopa to znałam. Jagem sła tam przez pole, jak się do piekarni chodziło, to łun mnie złapoł i chcioł mnie bić, że łaże przez pole. Jo godom:
— Ło ty mamuniorzu!
Jak mu się tak powiedziało, to uciekoł tak, że nie wim.

Podała Eleonora Uznańska
Zapis 1982

O TrupiszonieEdytuj

 O TrupiszonieEdytuj

Poszłam na cmentarz kopać grób, kwiaty sadzić. Chyba akurat rocznica mijała, jak mi mąż umarł i ja tam bardzo często chodziłam. I mnie wtedy postraszyło.
Było południe. Zaczęłam kopać, nagłe mi się coś nisza. Wyszło z grobu, z ziemi. Nie wiem, co to było. Grube jak ręka, łeb miało wielki, oczy niebieskie i tak się wiło. Mogłam to kopaczką uderzyć, ale nie uderzyłam. Czy to było z trupa? Bo mówili, że to byl trupiszon, że to z trupa wychodzi.
Wyszedł szybko ze środka grobu i tak się wykręcał, wykręcał. Bałam się ruszyć. Tak się wykręcał i wyszło to z ćwierć metra nad grób.
Opowiadałam moim sąsiadkom. Nie wierzyły mi, a ja nie cyganiłam. Jeden mi powiedział, że to był na pewno trupiszon. 

Podała Franciszka Jeziorowskti
Zapis 1982

O Czarownicach i GuślarzachEdytuj

Sposób na czarownice Mieliśmy krowę i dużo mleka dawała. Naraz ta krowa ucięła. Nie dawała nawet łowy tego mleka. Patrzymy, a w chlywie jest żaba. Co się przyszło do chlywa, to ta tam jest. Ja ją brał na łopatę i wyrzucał. W końcu tak my zrobili. Był taki garnek żelazny wysoki, pięcilitrowy ino że pęknięty. Włożyłem ją do tego garka, przykryłem kamieniem, żeby nie wyskoczyła. Przycisnołem ją jakby dzisiaj, na drugi dzień przychodzę, zaglądam, ni ma nic. Mówię do matki:
— Tyś jo tam nie ruszała?
— Nie.
Tak ja matce mówię, żeby ij szukała. Szuko, szuko, jest. To ja mówię
 — Spalimy jo. Napal tam dobrze ogiń, spalimy jo!
Ogień był dobrze rozpalony, alejo poszedem jeszcze po węgiel i dorzuciłem do pieca. No, i palimy jo. Jak się już paliła, to jedna tam baba (Flaczka się nazywała) latała przez ten nasz plac tam i nazod. Ze dwadzieścia razy tak przeleciała. A ta żaba się paliła, tak ino — ju, ju, ju piszczała.
A ta Flaczka to zbirała węgiel pod kopalnią. To kobity drugie, co tyz chodziły, mówio:
— Flaczki ni ma, Flaczki ni ma.
Po paru dniach nareszcie przyszła pod tę kopę. Patrzaj o, a ona taka poopiekana, taka poopalana.
I skończyło się. Żaba więcy nie chodziła. Krowa mleko nazad dawała.
— Przerwie ci dziadziu, o ty żabie jeszcze powiem. Ona musiała mieć dwa duchy. Jedna lotała a drogo przychodziła wydoić krowę. Ja sobie tak według swojego rozumu tłumaczę. No bo tu biegała po tym podwórzu, bo tam jej duch się palił ten drugi. Mają niektórzy ludzie dwa duchy. I mówią, że jak umiera taki, co ma dwa duchy, to jeden duch umrze, a drugi bonuje po świecie. Tak mówią. I z takim, co ma dwa duchy, to już wiedzą, co robić. Ksiądz wie, bo rodzina melduje. I ksiądz kazuje go odwrócić do góry tyłkiem w trumnie przed włożeniem do grobu, wtedy nie chodzi duch po świecie. Na wsi to się zdarzyło, skąd mój ojciec pochodził, Ojciec pochodzi ze Sieciechowic a matka z Biskupic. To w tych Sieciechowicach tak było. Chodził ten jeden duch po ziemi. No i odkopywali go z tego grobu. Wszyscy wiedzieli, że on ma dwa duchy, bo dośli do tego. I odkopali go, przewrócili brzuchem do trumny. Od tego czasu przestał chodzić.

Podali Edward Będkowski i Stanisława Wygasiowa
Zapis 1988

Narzeczona i owcarzEdytuj

Szarownica Podania.png

To tyż się działo na mojej ulicy. Była piękna panna i miała narzeczonego. I ten narzeczony musiał iść do wojska, ale się bał, żeby mu kto nie podebrał tej panny. To poprosił jakiegoś owcarza — no nie wiem jak sprawe załatwił — i ten owcarz zadał tej dziewczynie, że cały rok na nogi nie chodziła. Teraz pan w to uwierzy czy nie? A to jest fakt. Ładna dziewczyna, miała takie długie warkocze, to było w trzecim domu od nas.
I widzi pan, dopiero on przyszedł z wojska i to jej odczynili. Ślub wzięli. Nie, wpierw wzięli ślub, a później dopiero dostała nogi. To jest fakt autentyczny, bo chodziła. To jest fakt autentyczny, bo ją przecież widziałam. Blondynka, miała takie warkocze długie, zawsze siedziała na krzesełku. Dopiero później opowiadali, jak się to stało. Jej zadał ten narzeczony, żeby mu nikt nie zabrał, no. A przyszedł z wojska to oboje wzięli ślub. Ksiądz przyjechał, ślub dawał w mieszkaniu. I dopiero nogi odzyskała i wyjechali natychmiast.
A ten owcarz mieszkał na Pusty, tam się urodziłam i tam mieszkałam. My wiedzieli, kto to był taki. Coś zadawał, ja nie wiem co. To były jego owcarskie sprawy.
— Wiedzieliście, że to owcarz?
— Znali my. No my go nie chwycili za rękę, ale wszyscy wiedzieli, że to był on.
— On tu mieszkał?
— Tu na Górniczy, na trzeci ulicy. Mieli swój domek. On handlował. O widzi pan, on umiał naprawić rękę, jak kto ręke złamał, umiał to. 

Podała Apolonia Cyplińska
Zapis 1988

Jak Cyganka chorobę dziecku zadałaEdytuj

Jedna kobieta goniła Cyganów, bo jej rwali jabka w sadzie. To nasza znajoma była. Jak ich wygnała, to Cyganka na nią wrzeszczała i się odgrażała. I wieczorem położyła pod próg włosy. Jakiś kołton podłożyła. Pierwsza przez ten próg przeszła rano córka tej znajomej. Od razu zniedołeżniała i już się nigdy nie wyleczyła. Jak ją posadzili, tak siedziała. Godzinami tak siedziała, aż twarzą do podłogi dotknęła i trzeba ją było sprostować. Taka była bezwładna. A zdrowa się kładła spać. Przeszła ten próg i stało się! I nic jej nie pomogło!

Podała Stanisława Wygasiowa
Zapis 1982

Jak guślarz szczury w Kazimierzu wyprowadzałEdytuj

Taki guślarz był, co szczury wyprowadzał. Tu w jednym domu od łąk — pamiętam bo tam chodziłam — było bardzo dużo szczurów. Poszłam tam roz pirze szkubać, to uciekłam, bo tak po wszystkim łaziły. Po łóżku, po stole, wszędzie łaziły. A piec kuchenny, to co trochę robili, a piec się przewracał.
I sprowadzili takiego guślorza, że niby wyprowadzi te szczury. No i przyjechał. Szed z taką laską i bibroł coś i bibroł. A tam był taki dołek, taki stawik. To on wszed do tego stawiku, a szczury szły za nim. Wszed do tego stawiku, wbił tę laskę, powiesił na niej czapkę i te szczury tak szły, i tak się topiły w tej wodzie. Ale one się i tak wszystkie nie wyniesły. A jego to skądś tam sprowadzili, ale nie pamiętam skąd. To już był starszy człowiek. Płacili mu za to. 

Podała Antonina Brodzińska
Zapis 1982

Czarownica w rodzinieEdytuj

Mama miała krowe, jedna ciotka miała krowe, a ta jedna miała dwie. Wszystkie miały domy przy sobie i tak mieszkały. Te krowy poszły rano w pole na koniczyne i naja-dły się koniczyny i rozdeło je. Zamiast iść do lekarza, bo on miał takie coś, puszcał, prze-bijał i powietrze wyszło, ale ona jak umiała tak leczyła, ale ta krowa mleko traci i mięso traci. Ktoś jej tam doradził, że ta krowa jest zaczarowana, żeby napaliła ogien przed chly-wem, żeby tam była w progu podkowa końska wbita i dwa sirpy. To jest fakt, i ten ogin ma się palić. My się dzieci przyglądali, ten ogiń się pali, oni ten sirp włożyli, ten sirp się na czerwono rogrzał. I było dwóch chłopów z młotami i tak walili w ten sirp aż sczernioł. Odrzucili ten, a wzięli drugi, i mieli dotąd walić aż będzie słońce wysoko, to będzie dwu-nasta godzina, i przyleci kobita czarownica, bo to ją będzie boleć, i to będzie czarownica, bo ta krowa jest zaczarowana. No i walili temi młotami i przyszła kobita, a to była brato-wa, nasza wuinka. Przyszła po jakimś interesie. A ona była bardzo dobra gospodyni, miała duże gospodarstwo. I wtedy wszystkie:
A to ona czarownica! To Bronka zaczarowała krowe! Bronka czarownica!
U Bronki duże gospodarstwo, krowy dają dużo mleka, gęsi się dobrze chowią, klują. No, Bronka czarownica! I ktoś ta jej doniós, i bardzo jej było przykro. I to pamiętam bośmy się przyglądali.

Podała Kazimiera Sapotowa
Zapis 2002

O DiabłachEdytuj

Schöen i DiabełEdytuj

O Szejnie mówili, że mieszkał z diabłem. Miał pałac. Wszystko mu się udawało, co zaplanował, to zrobił. Dlatego wszyscy mówili, że ma z diabłem spółkę. Ten diabeł miał go tam odwiedzać w pałacu, miał mu się jakoś ukazywać. 

Podała Stanisława Wygasiowa
Zapis 1982

O zamku w RabszytnieEdytuj

To był jakiś Rabsztyn, jakiś hrabia i budowali ten zamek, ale nie mogli zbudować. I on zaprzedał diabłom dusze, żeby mu ten zamek zbudowali. No więc diabły zbudowały tak, jak chciał. Postawili piękny zamek i stoi.
Jak budowali, to on im dał takie ultimatum, że mają zbudować z piaskowca i mają go nosić na plecach, aż z Ojcowa. I oni to wszystko robili. Ten kamień nosili i nanosili. Jak stały już mury, to kazał im pokryć dach, ale żydowskimi brodami. Przepraszam pana, też pan ma brodę.
— Moja za krótka.
Zamek zbudowali i pokryli, i przychodzą po jego duszę. Ale on im mówi:
— Wykonacie trzy zadania jeszcze. Pierwsze im dał zadanie, żeby mu ukręcili bat z piasku. I tego się nie da zrobić, i on myślał, że jest uratowany. Diabły ukręciły ten bicz. Wtedy on się przestraszył. I dał im jeszcze dwa zadania: żeby się ten najważnieszy diabeł przespał z kobietą — to chodziło o więcy, tak się mówi przespać — i żeby się przespał. I ostatnie zadanie, żeby się te diabły wykąpały w święconej wodzie. I tych dwóch zadań żaden diabeł nie może zrobić, bo z kobitą im spać nie wolno a do święcony wody nie wytrzymo. I ten hrabia wygroł, a diabły sprawę przegrały.

Podał Stefan Baczyk
Zapis 1988

ŹródłaEdytuj

  • Dionizjusz Czubała - Regionalizm, Folklor, Legendy. Z tradycji ludowych miasta Sosnowca, Sosnowiec 2002

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki